
Kursanci oblewali, oblewają i oblewać będą. Jednak bardzo często mamy do czynienia z sytuacją, gdy egzamin negatywny dotyczy tych, o których byliśmy skłonni mówić, że „jeżdżą jak żyleta” i że za „niego to dałbym sobie uciąć rękę, iż zda”. I co? I byłbym dziś bez ręki.
Praktyczny egzamin na prawo jazdy z wynikiem negatywnym zakończyć się może zarówno na placu manewrowym, jak i w ruchu drogowym. Dlatego też pod lupę bierzemy najczęstsze przyczyny przerwania egzaminu u najlepiej (w naszym mniemaniu) jeżdżących osób. Niestety – co potwierdzają instruktorzy, w ruchu drogowym gro ludzi oblewa na rzeczach oczywistych. Choć wiedzą, że wjazd na skrzyżowanie przy żółtym sygnale świetlnym jest zabroniony, jest to bardzo częsta przyczyna zakończenia egzaminu. O tyle, o ile kwestia tego, czy „miałem wystarczająco dużo czasu na to, aby przejechać przez skrzyżowanie a nagłe hamowanie stworzyłoby sytuacje niebezpieczną” jest dyskusyjna, o tyle sytuacji w oczekiwaniu na wjazd na skrzyżowanie (bo było zablokowane przez inne pojazdy) w chwili, gdy zmianie ulega sygnał z zielonego na żółty a osoba egzaminowana tego nie zauważa i rusza, jest bez liku. Niestety, sprawdzian w takiej sytuacji jest przerywany. Czy wystarczająco dużo czasu poświęcamy naszym kursantom na to, aby wyrobić w nich nawyk notorycznego sprawdzania, jaki sygnał świetlny się wyświetla? Czy jedyne, o czym kursant wie, to konieczność spoglądania na zderzak poprzedzającego go w korku auta?
Kolejną oczywistością, a jednocześnie zmorą jest „zielona strzałka”, czyli warunkowy skręt w prawo. I choć każdy szkolony doskonale o tym wie, że niezależnie od sytuacji na skrzyżowaniu (w tym na przejściu dla pieszych), przed sygnalizatorem należy się bezwzględnie zatrzymać, a każdy szkoleniowiec wkłada w naukę tej kwestii mnóstwo czasu, kursanci podczas egzaminu o tym zapominają. Z własnego doświadczenia wiem, gdy podczas szkolenia praktycznego omawiam tę sytuację, że większość kursantów ogarnia zdziwienie: „Jak to? Przecież nikt się nie zatrzymuje. Pan spojrzy, wszyscy zwalniają, rozglądają się i… jadą bez zatrzymania. Mój tata zresztą też tak jeździ”. I choć wkładamy w szkolenie i w przypominanie – kolokwialnie rzecz ujmując – trąbiąc kursantom o tym podczas każdej lekcji, to w zdaniu wcześniej mamy odpowiedź – zakorzeniony w społeczeństwie nawyk. Sami jak jeździmy? Zawsze sumiennie wedle przepisów, które egzekwujemy od uczniów? Mnie kiedyś kursant „złapał” i wytknął, że widział dzień wcześniej, jak się „do końca nie zatrzymałem”. I miał rację.
Marginesem jest sytuacja, w której osoba zdająca po zatrzymaniu „nie zauważa zielonej strzałki” i po prostu nie jedzie, w oczekiwaniu „na pełne zielone”. Choć jest to zachowanie niewłaściwe, nie powoduje przerwania egzaminu.
Zmiana kierunku jazdy w lewo na skrzyżowaniach z sygnalizatorem świetlnym. Tutaj osoby egzaminowane swoją przygodę ze sprawdzianem umiejętności kończą w dwojaki sposób – klasycznie, bądź lekko wyrafinowanie. Oba karygodne.
W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze zwyczajnym wymuszeniem pierwszeństwa przejazdu pojazdom, które nadjeżdżają z naprzeciwka. Tylko swoiste zamroczenie jest temu winne, że zdający zapomina, iż skręcając w lewo nie ma pierwszeństwa przed tymi, którzy nadjeżdżają z przeciwległego kierunku. Zobaczyli zielone światło przed wjazdem na skrzyżowanie i hulaj dusza… Zielone, to zielone. Dziwne rozumowanie po 60 godzinach szkolenia. W drugim przypadku, tym nieco wyrafinowanym, mamy do czynienia wówczas, gdy osoba, która wjedzie już na skrzyżowanie pamięta, że należy ustąpić przejazdu kierowcom, o których było powyżej; zdający zatrzymuje pojazd, oczekując na to, aż wszyscy przejadą. W całym tym oczekiwaniu zapomina, że niejako za jego plecami następuje zmiana świateł, a co za tym idzie – zmiana drogi z pierwszeństwem przejazdu. I znowu zamroczenie – auta przejechały, mogę jechać. Zapominając o tym, że najpierw należy sprawdzić, czy nie wymuszam pierwszeństwa przejazdu pojazdom z lewej i prawej, dla których ruch kilka, bądź kilkanaście sekund wcześniej został otwarty. Poświęcamy wystarczająco dużo uwagi na to, aby „lewoskręty” przez naszych kursantów zostały opanowane perfekcyjnie? Ilekroć złapaliśmy się na tym, że podczas szkolenia kursant był w sytuacji, w której pokonał skrzyżowanie bezbłędnie bo miał farta, bo taka była sytuacja, a my nie odezwaliśmy się ani słowem, aby omówić opcjonalne zachowania na skrzyżowaniu? Czy odpowiednio dozowaliśmy dobór czasu poszczególnych godzin szkolenia, aby każdy kursant przerobił sytuacje drogowe w godzinach zapewniających różne – także największe – natężenie ruchu drogowego? Bo skręt w lewo na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną jest diametralnie różny w niedzielne popołudnie od tego, którego szkoliliśmy w popołudnie piątkowe…
Przejścia dla pieszych. Podczas szkolenia, zbliżamy się do przejść dla pieszych przeróżnej maści setki, o ile nie tysiące razy. Ile razy nakazaliśmy naszym kursantom uczyć się nawyków „przewidywania przyszłości”? Ile razy uczyliśmy ich „na długiej prostej” spoglądania w przyszłość, gdy jak na dłoni widzimy z daleka 2,3 nierzadko 4 po sobie następujące przejścia dla pieszych? Czyż nie jest tak, że pokonując przejście pierwsze mamy sposobność oceny okolic kolejnego przejścia na naszej drodze, oddalonego o 100, 200 metrów? A na egzaminie okazuje się, że zdający nie zauważył pieszego. Powszechnym błędem jest także zapominanie o tym, iż przy skręcie na skrzyżowaniu i wjeździe w drogę poprzeczną kierujący ma obowiązek ustąpienia pierwszeństwa pieszemu znajdującemu się na drodze lub przy drodze – nawet w sytuacji braku przejścia dla pieszych. Czy aranżowaliśmy tego typu sytuacje podczas szkolenia praktycznego? Czy ograniczyliśmy się wyłącznie do przekazania lakonicznej informacji o takowym przepisie podczas szkolenia teoretycznego? Lub – o zgrozo – wskazaliśmy numer strony w podręczniku, na której problem ten został szeroko opisany…
Ile razy złapaliście się za głowę dowiadując się o tym, że wasz podopieczny nie zdał egzaminu podczas zawracania z wykorzystaniem biegu wstecznego? A ile razy złapaliście się na tym, że na ostatniej lub przedostatniej lekcji szkolenia pytacie kursanta o to, czy już „zawracaliśmy na trzy” i usłyszeliście zaprzeczenie? Nierzadko jest tak, że i my – instruktorzy – zapominamy o oczywistych oczywistościach i coś, co przecież przerabiane było dziesiątki razy a przy tym jest tak banalne, z określonym kursantem przerobione nie było ani razu. Na pewno nie mamy sobie niczego do zarzucenia?
Ilu z waszych kursantów wie o tym, że ich samodzielna, własna decyzja o przerwaniu wykonywania zadania na placu manewrowym – jazda pasem ruchu do przodu i do tyłu, daje im drugą szansę poprawnego wykonania zadania? Dla nas, instruktorów, tego typu kwestie są oczywiste i jasne. I przez tę właśnie jasność i oczywistość często zapominamy o przekazaniu podstawowych zasad, jakimi mają prawo – bądź obowiązek – kierować się podczas egzaminu. Nie mamy sobie niczego do zarzucenia?
/LS/












Magazyn Motoryzacyjny dla Ośrodków Szkoleniowych. Merytoryczne wsparcie dla jednostki szkoleniowej, omówienie najważniejszych zmian legislacyjnych w branży.


Komentarze
kajko - 08.03.2011
Polski egzaminator = łapówkarz. Biorą łatwiej niż ryby. I nie ma na nich bata!
1